Moja walka (o tlen).

Było tak. Przed wyprowadzką z Warszawy przez 6 czy 7 lat mieszkaliśmy na Żoliborzu. Niby zielonym, ale komfort życia, zarówno z perspektywy zapotrzebowania na ciszę, jak i czyste powietrze nie był taki, jaki być powinien. Wiadomo, miasto. Albo nasze standardy za wysokie. Decyzja o przeprowadzce na podstołeczną wieś pojawiła się zatem dość szybko. Świadomość konsekwencji oczywiście też. Kiedy na co dzień pracujesz w Warszawie, a mieszkasz pod Warszawą, co do zasady wysypiasz się tylko w weekendy, bo w tygodniu zrywasz się grubo przed świtem, żeby śmignąć autostradą do miasta przed tabunami takich samych, jak ty. Ale z drugiej strony: dom, ogród, więcej roślin wokół, a rośliny to tlen. Blisko do lasu, więcej spacerowych opcji, rowery, bajery, zimą nawet biegówki. Rano – zamiast miejskiego szumu – śpiew ptaków za oknem. Nad czym się zastanawiać? Jak pomyśleli, tak zrobili. Miało być pięknie, a wyszło jak zwykle.

Moja walka o tlen

Już pierwszej zimy, w kilka miesięcy po przeprowadzce okazało się, że choć to piękna okolica, miasto-ogród i takie tam, wizja zielonego raju jest jedną wielką mrzonką. Część mieszkańców ma w dupie, że wszyscy oddychamy tym samym powietrzem. Konsekwentnie, w dupie ma również takie wynalazki, jak niskoemisyjne gazowe kotły grzewcze. Taki piec jest do bani, bo nie dość, że kosztuje krocie, to jeszcze nie spalisz w nim ani plastiku, ani starych opon ani żadnego innego syfu. Pech chciał, że jedna taka stwora mieszkała w chatce przy naszej ulicy, ogrzewając swoje lokum diabli wiedzą czym i zasyfiając wszystkie 4 okoliczne działki, w tym rzecz jasna naszą. Najgorzej robiło się po zmroku, smród palonego nie-wiadomo-czego był nie do opisania, a oddychanie tym zatrutym smrodem – po prostu niemożliwe.

Skargi i telefony do straży miejskiej zdawały się na nic. Niemoc, brak sprzętu do pomiarów, nic się nie da zrobić. Zimowa gehenna sezonu grzewczego, trwająca co roku od kilkunastu lat średnio od października do marca opanowana została dopiero w 2018. Władze gminy wyposażyły strażników w niezbędne narzędzia, a ci zaczęli wreszcie reagować: odwiedzać trucicieli, sprawdzać, czym palą, mierzyć poziom zanieczyszczeń. Jest lepiej, ale do ideału jeszcze daleko. Nie dość, że gdy zrobi się zimniej, spacer to wciąż nie relaks, a stres, to jeszcze można zapomnieć o dłuższym (niż awaryjne) otwieraniu okien. Smog, smog, smog. Też tak macie, że kontakt z „powietrzem” równa się ciągły kaszel i duszności, a na zewnątrz po prostu fatalnie się oddycha?

Jak sobie pomóc? Najprościej byłoby uciec do dzikiej puszczy, ale nie zawsze tak można. Można natomiast zadbać o jakość powietrza w domu, która niestety jest wprost uzależniona od tego, co dzieje się poza nim. Oczyszczacz powietrza to inwestycja w komfort życia, a komfort życia to przede wszystkim zdrowie i dobre samopoczucie. Czyste powietrze to lepszy sen, a lepszy sen to relaks, którego wszyscy potrzebujemy jak kania dżdżu. Bez tego cała reszta szybko zacznie szwankować.

W listopadzie zeszłego roku wymieniliśmy stary oczyszczacz Dyson na nowy szwajcarski Stadler Form (Viktor), który stał się pretekstem do tego wpisu. Chociaż nie. Pretekstem stały się pytania od Was, czy używam takiego sprzętu i czy coś mogę polecić. A Viktor dostarczył motywacji, by wreszcie to i owo w temacie napisać.

Moja walka (o tlen)

Moja walka (o tlen)

Moja walka (o tlen)

Cechy szczególne Viktora? Poniżej lista najważniejszych:

  • trzystopniowa filtracja: filtr wstępny wymienny i zmywalny (zatrzymuje duże cząsteczki – np. pyłki, kurz, włosy, a jednocześnie chroni filtr wtórny przed silnym zanieczyszczeniem i optymalizuje jego działanie), zmywalny filtr HPP czyli High Potential Particle (zatrzymuje cząstki sadzy, zarodniki grzybów pleśniowych, roztocza, bakterie, wirusy, pyłki i inne alergeny – do filtracji wykorzystuje pole magnetyczne), filtr węglowy wymienny (pochłania większość zapachów z powietrza, dzięki czemu usuwa nieprzyjemne aromaty, np. dym, tytoń i efekty kulinarnych szaleństw),
  • 5 poziomów prędkości filtracji,
  • przeznaczony do pomieszczeń do 50m² / 125 m³ co oznacza, że w domu oczyszcza tylko część powierzchni na danym poziomie, ale to nie problem, ponieważ jest lekki, zgrabny i łatwo go przenosić,
  • wydajność: 200 m³/h,
  • moc: 10 W (najmniejsza prędkość) – 38 W (największa prędkość).
  • poziom hałasu: 30,5 dB (najmniejsza prędkość) – 57 dB (największa prędkość), w praktyce na poziomie 1 pracuje na tyle cicho, że można wstawić go nawet do sypialni (efekt szumiącego misia), natomiast na poziomie 4 i 5 szumi tak, że lepiej na czas oczyszczania opuścić dane pomieszczenie,
  • tryb nocny (najmniejsza prędkość plus wygaszenie świecących mini diod), w praktyce diody nie stanowią wielkiego problemu, są maleńkie i świecą niebieskim światłem, ale dobrze, że można je wyłączyć
  • timer: do wyboru 2h, 4h, 8h
  • filcowy pojemnik substancji zapachowych dedykowany olejkom eterycznym, jeżeli olejek eteryczny jest dobrej jakości, działa całkiem nieźle, sprawdzaliśmy go na bardzo mocnym prowansalskim oleju z organicznej lawendy
  • wymiary (z podstawą): 25 cm (szerokość) x 45 cm (wysokość) x 25 cm (głębokość)
  • waga: ok. 5 kg
  • dostępny w 2 kolorach: białym i czarnym

Cztery miesiące intensywnego używania pozwalają z czystym sumieniem wskazać plusy i minusy.

Stadler Form Viktor – plusy:

  • design – minimalistyczny, czyli najlepszy z możliwych. Viktor wygląda jak kolumna głośnikowa bez grilla. Jest dość mały, ładny, estetyczny i dzięki temu zgrabnie adaptuje się do wnętrza,
  • system filtracji zapewnia usuwanie z powietrza m.in. pyłów PM10 i PM2,5, czyli tych, którymi najbardziej straszą nas media i aplikacje mierzące jakość powietrza w okolicy
  • przyjemne wrażenie autentycznie oczyszczonego świeżego powietrza
  • ukryty a jednocześnie łatwy w używaniu panel sterowania, czyli przyciski do ustawiania parametrów pracy sprzętu
  • filtr HPP jest zmywalny i nie wymaga wymiany, dzięki czemu wystarczy umyć go raz na 4-6 tygodni
  • filtry wstępny i węglowy są łatwo dostępne i wystarczają na około 6 miesięcy, używamy Viktora piąty miesiąc i jeszcze ich nie wymienialiśmy
  • regulacja mocy i – w rezultacie – głośności pracy oczyszczacza
  • pierwszy i drugi poziom oczyszczania to programy naprawdę ciche – w ciągu dnia nie słychać oczyszczacza pracującego w tym trybie
  • świetnie sprawdza się na większej otwartej przestrzeni, takiej jak na przykład parterowa część dzienna połączona z kuchnią
  • timer, który pozwala ustawić pożądany czas pracy sprzętu (po upływie zadanego czasu oczyszczacz automatycznie wyłącza się)
  • opcja wyłączenia niebieskich diod LED
  • certyfikat ECARF (Europejskie Centrum Badań nad Alergią)

Stadler Form Viktor – minusy:

  • minus jest jeden – trochę za krótki przewód zasilający. To właściwie minusik, ponieważ finalnie oczyszczacz udało się ulokować tak, że długość kabla nie stanowi problemu. Informuję, nie narzekam 😉

Jakość powietrza to gorący temat, a niestety lepiej już było. Nie jest tajemnicą, że gdyby w Polsce obowiązywały normy jakości powietrza zalecane przez WHO (Światowa Organizacja Zdrowia) nad naszym pięknym krajem przez okrągły rok pulsowałby jeden wielki ostrzegawczy ALERT. Dlaczego? Ano dlatego, że na przeważającym obszarze kraju normy te nie byłyby spełnione przez ani jeden dzień w roku. Unika się tego problemu w sposób najprostszy z możliwych: jeżeli nie możesz spełnić standardów, zlikwiduj je. Albo chociaż zaniż. To właśnie Polska, dzień dobry.

Jeżeli rozważacie zakup oczyszczacza, polecam wziąć pod rozwagę ten model. Jest skuteczny, ładny i póki co sprawdza się bardzo dobrze. Tak czy owak, ostateczny wybór konkretnego sprzętu warto uzależnić od kilku czynników, takich jak m.in. poziom zanieczyszczeń w okolicy, powierzchnia mieszkania, planowana lokalizacja oczyszczacza (kuchnia, salon, sypialnia). Najlepiej sprawdzić różne warianty i dobrać taki sprzęt, który najlepiej spełni oczekiwania. Mój przedzakupowy research trwał blisko trzy tygodnie, ponieważ nie lubię wyrzucać pieniędzy w błoto.

W razie dodatkowych pytań, zapraszam: kontakt@facetikuchnia.com.pl

Moja walka (o tlen)

Moja walka (o tlen)