Lipsk, na tle innych większych europejskich miast, podczas II wojny światowej prawie nie ucierpiał.

Dzięki temu może dziś poszczycić się nie tylko atrakcyjną z turystycznego punktu widzenia, w części odrestaurowaną starówką, ale też dobrze zachowanym zespołem dzielnic z licznymi obiektami XIX i XX-wiecznej architektury, które przyciągają turystów z całego świata.

Miasto ma tyle do zaoferowania, że spokojnie można by spędzić w nim więcej czasu; my mieliśmy jednak niespełna trzy dni, z czego w pełni wolny i swobodny tylko jeden.

Za atrakcję Lipska uchodzą między innymi mogące poszczycić się wieloletnią tradycją kawiarnie. Do najważniejszych punktów lipskiego kawowego szlaku zaliczane są w szczególności trzy miejsca – Zum Arabischen Coffe Baum, Riquet Kaffeehaus i Cafe Kandler.

Riquet stosunkowo niedawno zmienił właściciela, co podobno nie wyszło kawiarni na dobre; poza tym, budynek znajdował się w stanie zaawansowanego remontu, w związku z czym uznaliśmy, że wizytę w tym przybytku zaliczymy następnym razem.

Po krótkich poszukiwaniach w zakamarkach lipskiej starówki, objawiła nam się w końcu restauracja-kawiarnia Zum Arabischen Coffe Baum (Pod Arabskim Drzewem Kawowym), tj. najstarsza, obok paryskiej Café Procope, kawiarnia Europy.

Barokowy lokal Coffe Baum, zlokalizowany przy Kleine Fleischergasse 4, w roku 1694 otworzył Adam Heinrich Schütze. Miejsce zyskało status kultowego między innymi za sprawą odwiedzających je postaci w rodzaju Wagnera, Goethe’ego, Lessinga czy Bacha. Ze zdarzeń bardziej nam współczesnych, w których niebagatelną rolę odegrała Coffe Baum – to tu w 1990 r. kanclerz Helmut Kohl i Lothar de Maiziere (ostatni demokratycznie wybrany premier NRD) rozważali szanse powodzenia zjednoczenia Niemiec.

Coffe Baum, jak na kawiarnię, otwiera się dość późno, bo ok. południa. Czy warto tam zajrzeć? Jeśli ktoś lubi miejsca „tradycyjne” w najgorszym tego słowa znaczeniu, zatłoczone ponad miarę, z klientelą o średniej wieku w okolicach setki, w których panują iście tropikalne upały – jak najbardziej; w przeciwnym razie lepiej sobie darować.

Coffe Baum to restauracja i kawiarnia w jednym. Mieści się w kamienicy, w której zajmuje kilka pięter.

Kawiarnię tworzą trzy, w założeniu różne, tematyczne salki: utrzymane w stylu wiedeńskim, francuskim i arabskim. W praktyce, w wystroju każdej nie widać większej różnicy. Parter to z kolei (podobno) restauracja, choć w pierwszym kontakcie z rzeczonym przybytkiem niestety trudno w to uwierzyć. Restauracja to rzeczownik co do zasady zarezerwowany dla lokali określonej klasy, a tu już od progu zaatakował nas trudny do opisania odór (to najwłaściwsze słowo) jak z pospolitej gar-kuchni. Wentylacja albo w Coffe Baum nie istnieje, albo wymaga pilnej interwencji fachowca… Gwar, barowy tłok, ciasnota, a przede wszystkim intensywna mieszanka aromatów od serwowanych gościom kotletów, ziemniaków, zup i nieapetycznie wyglądających surówek boleśnie kontrastowały z tym, czego po tym obrosłym legendą miejscu oczekiwaliśmy. Nic to, uznaliśmy, że nie wypada od razu zawrócić w kierunku drzwi. Postanowiliśmy szybko (przez ten nieznośny upał!!!) sprawdzić pozostałe piętra. Każde kolejne niestety tylko pogłębiało rozczarowanie i utwierdzało nas w przekonaniu, że z ewakuacją nie ma co zwlekać. Ponad parterem ulokowane są wspomniane wyżej, tematyczne kawiarniane salki, gdzie można zamówić m.in. kawę i zjeść coś słodkiego. W każdym pomieszczeniu w oczy rzuca się ten sam obrazek – tłum staruszków lub co najmniej ludzi w pierwszej fazie szczęśliwego emeryckiego stanu. Kelnerzy – powolni, zamyśleni, skrojeni na wzór lokajów z filmów o brytyjskiej arystokracji. Wystrój każdego wnętrza koszmarnie staroświecki, każde ciasne, duszne, zastawione gęsto usianymi, małymi stolikami, otoczonymi szeregiem krzeseł. Ściany, regały, szafy i etażerki przeładowane gadżetami, jak w saloniku pamiątek u dziadków-zbieraczy dóbr wszelakich.

Dla wytrwałych, na ostatnim dostępnym dla klienteli piętrze kamienicy znajduje się muzeum, na które w praktyce składa się kilka, dusznych – jakżeby inaczej – mini pomieszczeń, wypełnionych gablotami z przeglądem mniej lub bardziej zabytkowych kawowych akcesoriów.

W poszukiwaniu powodu, by może jednak w Coffe Baum na chwilę zostać, napić się czegokolwiek (byle zimnego) i już nigdy więcej nie wracać, zajrzeliśmy do karty / menu – wybór kaw i ciast przeciętny, skrojony wyraźnie pod wszechobecną, starszawą klientelę. Ceny nieco wyższe niż gdzie indziej – kawy za ok. 4-6 eur. Podsumowując, to nie jest miejsce dla młodych ludzi. Kto czuje się młody, ciałem czy duchem, niech lepiej trzyma się od Coffe Baum z daleka.

Zamiast tracić czas i energię na to przedziwne miejsce, być może obrosłe kultem, ale niestety zupełnie niewarte wizyty, lepiej chyba od razu zajrzeć tuż obok – na kartofla z piwem 😉

albo odwiedzić sprawdzoną sieciówkę, choćby tę:

Brak klimatu i standaryzację w obsłudze i menu skutecznie wynagrodzą wygodne fotele, klimatyzacja i pewność co do kawowego asortymentu. Starbucks venti latte (kubek – 650 ml) na półtłustym mleku kosztuje tu ok. 3 eur.

Coffe Baum przeraził nas na dobre, ale jednocześnie zmotywował na tyle, że w poszukiwaniu miejsca z dobrą kawą zawędrowaliśmy do Cafe Kandler.

Kandler w Lipsku lokali ma kilka, ale najciekawszym miejscem jest dwupoziomowa kawiarnia, ulokowana nieopodal pomnika JS Bacha.


Cafe Kandler to, w zestawieniu z Coffe Baum, miejsce zdecydowanie bardziej przyjazne, z całkiem klimatycznym wystrojem trochę w stylu francuskich kawiarni, wolnym od nieznośnie staroświeckich naleciałości i z sympatyczniejszą, wyraźnie mniej spiętą i bardziej przyjazną obsługą, oraz z menu na wzór numeru prasy codziennej:

Kandler to nie tylko kawa i szeroki wybór ciast, tart, tortów, ciastek i ciasteczek, ale też godny polecenia tea house, z herbatą oferowaną w kilkudziesięciu różnych wariantach.

Kto lubi ciasta, ten powinien mieć tu używanie. Można spróbować, jak na turystę przystało, popularnego Leipziger Lerche (tj. ciastka z marcepanem i dżemem) albo zaszaleć i zamówić np. kawałek któregoś z licznych ciast czy tortów (np. tort o nazwie Bach). Ciasta, torty i tarty serwowane są w naprawdę dużych kawałkach, których rozmiar zaskakiwał tym bardziej, że ceny wszystkich łakoci zamykały się w przedziale 2,5-3,5 eur za porcję. Facet i spółka, wierny dobrej czekoladzie, z innymi słodyczami od zawsze ma nie po drodze, dlatego i tu poprzestał na kawie. Tych do wyboru było kilkanaście. Zamówione przez nas duże kawy z mlekiem (Melitta) były smaczne, dobrze zaparzone, podane z mini herbatnikiem, w cenie 2,70 eur/szt.

Lokal jest raczej tłoczny, wyraźnie oblegany, zarówno przez turystów, jak i miejscowych. Wolnych stolików jak na lekarstwo, obsługa zabiegana, ale uprzejma i skłonna udzielać wyjaśnień co do zawartości menu. Czas oczekiwania na przyjęcie zamówienia – ok. 10 minut; na realizację – ok. kwadransa. Można płacić kartą. Ogólnie, przyjemne miejsce, z fajnym widokiem na fragment starówki, dobrze widoczny z okien na piętrze. W ciepłych miesiącach do dyspozycji gości jest też całkiem spory ogródek, który jednak tym razem (w początkach października) świecił pustkami.

Nieco dalej od centrum trafiliśmy jeszcze na drugi lokal Kandlera:

Lipsk to także renesansowy rynek ze Starym Ratuszem i sukiennicami, nieopodal którego znajduje się plac zwany Naschmarkt (targ łakoci), gdzie od rana do późnych godzin popołudniowych działa taki oto targ:

Póznogotycki kościół św. Tomasza, w którym znajduje się m.in. grób Bacha…

…a przed kościołem – pomnik kompozytora:

W okolicach pomnika zaczepił nas zupełnie zwyczajny starszy pan, z propozycją nie do odrzucenia, tj. czekoladą z dyskontu – u niego do kupienia za 1 eur. Jakoś głupio było odmówić… (niemiecki system emerytalny chwieje się na naszych oczach?)

Odnowiony, futurystyczny budynek lipskiego uniwersytetu, jednego z dwu najstarszych w Niemczech, które działają nieprzerwanie do dziś:

ZOO, znów – jedno z najstarszych na świecie, utworzone w roku 1878 (bilety wstępu – normalny ok. 18 eur, ulgowy – 7 eur)

…położony nieopodal ogrodu zoologicznego, spory, bardzo zielony park z urokliwym stawem, pełen małych i dużych ludzi oraz towarzyszących im zwierzaków. Dla spacerowiczów z psami wydzielona jest specjalna strefa – bez ogrodzenia, oznaczona tylko kilkoma tabliczkami, a mimo to wszyscy stosują się do zaleceń i nie wkraczają z kudłatymi pupilami na teren, po którym czworonogom hasać nie wolno.

…sporo sklepów z czekoladą; Arko można sobie odpuścić (recenzja), lepiej zajrzeć do Goethe SchokoladenManufaktur

albo Leysieffer GmbH & Co. KG

…jeden z największych pasażerskich dworców kolejowych Europy, oddany do użytku w roku 1915, a dziś zintegrowany z trzypoziomowym centrum handlowo-usługowym, w którego pobliżu znajduje się szereg hoteli, w tym dwa, które mieliśmy okazję sprawdzić.

Pierwszy, w którym przyszło nam nocować tym razem, to Victor’s Residenz:

Warto sprawdzać oferty portalu booking.com, gdzie można zarezerwować pokój w dobrym hotelu z nawet 40% rabatem. Victor’s Residenz to miejscówka godna polecenia, choć tu także dominowała klientela w wieku od mocno średniego do bardzo zaawansowanego. Hotel oferuje ładne, wygodne, dość duże pokoje (dwuosobowy miał ok. 15 m2 powierzchni), przyjemne łazienki i niezłe śniadania (całkiem zróżnicowany szwedzki stół), chociaż śniadaniowy zestaw dań na gorąco można by nieco dopracować, a przynajmniej rozszerzyć o coś więcej niż jajecznicę i zabawne, artretyczne gotowane kiełbaski, serwowane niezmiennie przez trzy dni z rzędu. Dostęp do Internetu oferowany jest w 2 wariantach – darmowym, irytująco wolnym, oraz biznesowym – w cenie, o ile nas pamięć nie myli, 15 eur za dobę.

Jadalnia wygląda jak wyżej; bardziej konkretnych zdjęć śniadaniowej oferty brak. Nie chcieliśmy robić obciachu…

Pokojowy minibar był taki, jak zawsze – drogi i niezdrowy 😉

Do dyspozycji zmotoryzowanych są dwa parkingi – położony tuż przy hotelu parking zewnętrzny (doba – 10 eur), albo podziemny (doba – 18 eur). Miejsc nie można rezerwować z góry, ale jeśli komuś zależy, warto w tym temacie ponegocjować – parking zewnętrzny zastawiony był w 100%.

A skoro o hotelach mowa, poprzednim razem spędziliśmy 2 dni w Royal International Leipzig, który również objęty jest korzystnymi rabatami, oferowanymi przez booking.com. Pokoje urządzone są tam może nieco bardziej ascetycznie niż w Victor’s, ale za to liczą sobie ok. 22 m2, wyposażone są we pełni funkcjonalny aneks kuchenny, a śniadania (przynajmniej jesienią 2011 roku) warte były noclegu 🙂

Podsumowując, Lipsk to fajne miasto z klimatem, dobre zarówno na krótki, weekendowy wypad, jak i nieco dłuższy pobyt, z bardziej zaawansowanym zwiedzaniem. Z Polski do Lipska nie jest daleko, tym bardziej zatem warto tu zajrzeć.