Sisteron w dzień targowy – ze straganów na stół. O miasteczku, które nie potrzebuje supermarketów.

Za każdym razem, kiedy trafiam na taki targ, zanurzam się w tym doznaniu. Dosłownie.

Sisteron

Sisteron

Małe prowincjonalne francuskie targi, takie jak ten w Sisteron i wiele mu podobnych, mają w sobie coś niezwykłego. Dla Francuzów to element codzienności, obecny w większości miast niezależnie od regionu, ale dla kogoś z zewnątrz to jednak coś wyjątkowego. Zwłaszcza, gdybyśmy spróbowali przenieść ten koncept na polski grunt. Nie ma szans. Ale po kolei.

Sisteron

Sisteron

Sisteron, często określane mianem Bramy Prowansji, to niewielka miejscowość w południowo-wschodniej Francji, malowniczo położona nad rzeką Durance (cudne miejsce na pikniki) u podnóża monumentalnej, górującej nad miasteczkiem skały Rocher de la Baume.

Sisteron

Sisteron należy do regionu Prowansja-Alpy-Lazurowe Wybrzeże w departamencie Les Alpes de Haute Provence (Alpy Górnej Prowansji). Całą gminę zamieszkuje ok. 6000 osób, co znaczy jest wystarczająco pusto by zresetować się z dala od tłumu. Aspołeczni znakomicie tu odpoczną, pod warunkiem, że przybędą przed sezonem. Na przykład tak jak my – w drugiej połowie czerwca. Pogoda w Sisteron bardzo sprzyja urlopom – średnio przez 300 dni w roku jest tu słonecznie. Więcej o samym miasteczku i jego licznych atrakcjach będzie niebawem w kolejnym wpisie, a dziś tylko o targu (ale za to jakim!).

Jedzenie

Do Sisteron jechaliśmy samochodem z Clisson, z Kraju nad Loarą.

Trasa jest długa, zajęła cały dzień, więc do miasteczka dobiliśmy nieco przed północą. Wynajęte mieszkanie w sercu Starówki było ładne i wygodne, widok z okna sypialni piękny (nasz domek leżał u stóp Rocher de la Baume), a przekąski zostawione w kuchni – typowo francuskie, czyli pieczywo, słodkie konfitury, miód. W pierwszy poranek po przyjeździe trzeba było się ratować i szukać jedzenia. Wybraliśmy się na spacer w poszukiwaniu sklepu i czegoś na śniadanie. Dobrych serów, warzyw, owoców. Najprościej. Krążyliśmy po miasteczku dość długo, aż w końcu ktoś uprzejmie skierował nas do marketu Casino.

Sklep wyglądał okrutnie smutno – znudzona obsługa, pustki między półkami, pustawe półki, a to co na półkach ryczało o pomstę do piekieł. Nie było właściwie nic, co chciałoby się zjeść. Kupiliśmy 4 ostatnie małe bio jogurty z owczego mleka, 2 pospolite rolady z koziego sera, wodę mineralną i kilka moreli, które okazały się tak ohydne, że finalnie trafiły do śmieci. Najpierw były twarde jak kamień. Po tygodniu trochę zmiękły, ale dalej smaku było w nich ZERO. Dramat.

Jak można żyć w miejscu, w którym w sklepie nie da się kupić zjadliwego jedzenia? Wszystko wyjaśniło się już następnego dnia. Jest targ, czyli Marché*.

Marché 

Lokalny targ – Marché provençal de Sisteron – odbywa się w miasteczku regularnie, co tydzień w każdą środę i sobotę. Zlokalizowany jest w samym centrum, przy sąsiadujących ze sobą Place de l’horloge, Place Paul Arene i Place du Docteur Robert. Trwa od rana (ale nie od bladego świtu, Francuzi żyją jak ludzie – startuje między 8:00 a 9:00) do mniej więcej południa. Najdłużej czynne są stragany z owocami. Nabiał, pieczywo i mięso – czyli miejscowe FMCG 😉 sprzedają się najszybciej.

Pojawia się tu przeszło 100 stoisk, na których można zaopatrzyć się w produkty od lokalnych producentów, także ekologiczne i organiczne. Są owoce i warzywa, ryby i owoce morza, artykuły delikatesowe, produkty rzeźnicze, a także meble (antyki), rośliny i szereg innych wyrobów nieżywnościowych. Liczba wystawców oraz oferta podąża za zmieniającymi się porami roku i różni się w zależności od sezonu.

Sisteron

Sisteron

Wszystko

Jest pięknie, a kupują tu wszyscy i wszystko. Staruszkowie i młodzi. Dziadkowie, dzieci i wnuki. Z zakupami trzeba się spieszyć, ponieważ najlepsze produkty znikają w okamgnieniu, a dodatkowo u poszczególnych sprzedawców wcale nie ma ich aż tak wiele. Przykładowo, drobni wytwórcy serów – górale, którzy to, co sprzedają, wytwarzają własnymi rękami – często przyjeżdżają np. z kilkunastoma serami tomme z koziego mleka, sprzedają je i znikają. To samo dotyczy śmietan (creme fraiche) czy twarogów rzemieślniczego wyrobu. Kilka sztuk, dosłownie 4 albo 6 u jednej starszej pani i tyle. Zdążysz albo nie.

Cholernie miło jest patrzeć, jak ludzie tłumnie pakują do toreb zieleniny, przebierają w pomidorach, wybierają pieczywo na jedynym, ale za to konkretnie zaopatrzonym stoisku z pieczywem z położonej nieopodal piekarni. Wszędzie świetne, naturalne jedzenie i sprzedawcy, których lokalni mieszkańcy znają z imienia i nazwiska. I to jest kolejna fantastyczna rzecz, której u nas nie doczekamy pewnie nigdy. Na stronie gminy Sisteron opublikowana jest lista wszystkich wystawców, którzy pojawiają się na targu.

Poniżej tylko fragment. Pełny wykaz jest trzy razy dłuższy, a kto ciekaw, znajdzie go w sieci. Szczegółowa, ogólnie dostępna tabela obejmuje takie dane jak imię i nazwisko wystawcy, adres, branża (sery, miody, ryby, mięso, chleb, kwiaty, etc.) i dzień handlowy, w którym się pojawia (środa lub sobota albo obydwa – mercredi / samedi):

Sisteron

Poznaj swojego dostawcę

To jest idea slow food in action. Konsument zna swojego dostawcę. Wszystko wiadomo. Co, skąd i od kogo. Nie ma niedomówień, wciskania kitu, że to z własnego gospodarstwa, chociaż w praktyce brane jest z hurtowni i tak dalej. Można pojechać do Michela albo Christine i sprawdzić, czy faktycznie hodują kury lub kozy albo czy mają brzoskwiniowy lub morelowy sad. To samo dotyczy zapewne również innych miejscowości, w których podobne dni handlowe odbywają się w innych częściach tygodnia.

Przenieśmy to teraz do Polski. Hala Mirowska w Warszawie, gdzie robimy zakupy co najmniej raz w tygodniu, to przedłużenie hurtowej platformy sprzedażowej w Broniszach, gdzie prawie wszystko jest z importu. Nie ma tam nawet polskich szparagów (na szczęście jest gospodarstwo Majlertów), chociaż każdy pod Halą zarzeka się, że szparagi ma tylko polskie. Rolnicy na polskiej prowincji to, co wytworzą, sprzedają pośrednikom, a sami coraz częściej zaopatrują się w dyskontach. Smutne.

Co kupić

Przyszliśmy 10 minut przed dziewiątą. Tłum gęstniał na naszych oczach, niezrażony palącym upałem. W ciągu dnia temperatury dobijały tu w czerwcu do 35-40 stopni. O 9:00 rano w pełnym słońcu było niewiele lepiej, ale nic to. W takim miejscu zakupy to czysta przyjemność. Zawsze. Zrobiliśmy między innymi zapas serów na cały pobyt (część jest widoczna tu: ciastki). W tej okolicy dominują sery z mleka koziego, ponieważ dla owiec klimat jest zbyt suchy, a trawa niewystarczająco nawilżona. Koza przetrwa wszędzie, owcę natomiast trzeba dopieścić. Sery owcze też się pojawiają, ale są w mniejszości. Tutaj to towar trochę droższy i bardziej ekskluzywny.

Najpopularniejszy fromage to tomme z koziego mleka. Mały, duży, świeży, w różnej fazie dojrzewania. Czysty albo aromatyzowany ziołami, np. rozmarynem lub tymiankiem. Co kto lubi. Poza serami kupiliśmy m.in. miody (lawendowy i mocny w smaku górski wielokwiat), vinegret z dodatkiem miodu, kilogramy najsłodszych soczystych moreli, brzoskwiń, jabłek, cudownie aromatycznych pomidorów (w tym rewelacyjnych ananasowych, które w tym roku pojawiły się nawet na chwilę na targu pod Mirowską) i doskonałe prowansalskie oliwki. Najprostsze produkty, które dają niebywałą przyjemność jedzenia. Kto śledził wtedy instagram, miał wszystko na bieżąco 😉 Więcej o tym, co fajnego warto przywieźć z Prowansji (i dlaczego tak dużo) będzie w jednym z kolejnych wpisów.

Francja sielankowa dzieje się na francuskiej prowincji. I niech to trwa jak najdłużej. Amen 🙂

*Dzień później namierzyliśmy jeszcze bio supermarket pod szyldem AB (Agriculture Biologique), położony z dala od centrum, na obrzeżach miasteczka. Sklep jest świetnie zaopatrzony, można tam kupić między innymi znakomite sery, ale jest droższy i nie dla każdego. Najważniejszy z zakupowego punktu widzenia pozostaje targ.