Serię na temat wrażeń z wizyt w płatnych noclegowniach, zwanych potocznie hotelami, pensjonatami czy pokojami do wynajęcia, mógłbym pewnie (może nawet powinienem?) rozpocząć jakimś pozytywnym wpisem.

Mógłby traktować na przykład o odwiedzonych w mniej lub bardziej odległej przeszłości Chambres d’hotes czy Gites de France, położonych zwykle w urokliwych, zacisznych miasteczkach albo na zupełnym, jeszcze bardziej urokliwym, odludziu. Albo o małych, godnych polecenia berlińskich hotelach, w których spędza się 2 dni, a chciałoby się – 2 tygodnie. Człowiek niestety tak już jednak ma, że zdecydowanie skuteczniej mobilizuje się do działania wówczas, gdy ma coś skrytykować, nie pochwalić. Tak czy owak, nie wykluczam, że wpisy „na plus” również z czasem wypełnią tę kategorię; póki co jednak pomarudzę – trochę dla zaspokojenia potrzeby marudzenia, a trochę ku przestrodze.

W Kudowie Zdroju, z powodów (jakkolwiek by to nie zabrzmiało) zawodowo-rozrywkowych, bywamy raz do roku. Skoro bywamy, znaczy to, że potrzebujemy noclegu, a ten oferują przede wszystkim różnej maści kudowskie pensjonaty. Pensjonaty, które czasy świetności mają już dawno za sobą, a mimo to egzystują. Wydaje się nawet, że radzą sobie całkiem nieźle, zwłaszcza, jeśli wziąć pod uwagę trudność, z jaką rok w rok usiłujemy zabukować 2-osobowy pokój na 4 skromne noclegi.

Wrażenie, które dopada gościa już od progu (w każdym spośród pensjonatów, które dane nam było w ostatnich latach odwiedzić) jest zawsze to samo – czas się zatrzymał. To pewnie między innymi dlatego tak trudno zdobyć pokój na śmieszny kilkudniowy pobyt – królują tu wciąż bowiem „klasyczne”, rodzinne, wielopokoleniowe, dwutygodniowe wczasy (tzw. turnusy). Może już nie pracownicze, choć pewien nie jestem, w każdym razie i miejsce, i schemat odświeżają wspomnienia z wypadów do takich przybytków, odbywanych w zamierzchłej przeszłości u boku naszych rodzicieli. Jaki schemat? Przede wszystkim, obowiązkowe śniadanie i (nie wszędzie na szczęście) obowiązkowy obiad lub tzw. obiado-kolacja, nader często serwowane w osobliwej oprawie muzycznej; wieczorki zapoznawcze oraz popołudniowe, zależne od aury ogniska, grille, lub kominki.

Kilka pensjonatów w Kudowie, odwiedzonych przez nas wcześniej, z pewnością ‚zasłużyło’ na podobny opis. Pech chciał, że wcześniej nie było okazji. Teraz jest, więc Villa Carmen idzie na pierwszy ogień.

Jakość pensjonatowych usług przedstawia się różnie. Bywa albo całkiem przyjemnie, albo akceptowalnie, albo – niestety – zupełnie nieznośnie. Standard pokoi jest zwykle przeciętny i wszędzie w miarę wyrównany, pomieszczenia dość spore, łazienki ciasne, a dzięki wąskim łóżkom nie sposób nie docenić powrotu do domowych pieleszy. Element rozstrzygający dla ogólnego wrażenia stanowią natomiast śniadania – serwowane zwykle w formie tzw. szwedzkiego stołu. O ile z obiadu czy obiado-kolacji można się wypisać bez potrzeby ponoszenia z tego tytułu kosztów, o tyle śniadanie i tak zawsze jest w cenie, choć – jak dowodzi nasze doświadczenie – często kończy się na tym, że korzystamy, owszem, ze stołu, krzeseł, talerzy i sztućców, ale o to, co na stole, musimy już – chcąc nie chcąc – zadbać sami.

Z uwagi na dotychczasowe doświadczenia, każde pierwsze śniadanie w nowo odwiedzanym w Kudowie miejscu wiąże się z lekkim niepokojem, pomieszanym z ciekawością, jaka tym razem będzie skala naszego rozczarowania, jakie delikatesy ukażą się naszym oczom? Czy własne muesli znosić ze sobą od razu, czy lepiej wracać po nie do pokoju po uprzednim empirycznym doświadczeniu?

Jak było w Carmen? Ano tak:

Tytułem krótkiego wyjaśnienia: szwedzki stół, czy jak kto woli bufet (Smörgasbord), a taką formę miało przybrać nasze śniadanie, to sposób serwowania posiłków, polegający, co do zasady, na udostępnieniu gościom kilkunastu potraw, z których można skomponować sobie posiłek z uwzględnieniem własnych preferencji kulinarnych, uwarunkowań dietetycznych, etc. Typowe elementy średniej jakości śniadania, oferowanego w tej formie to: 1-2 ‚dania’ na gorąco (np. jajecznica, placki, naleśniki, kiełbaski), przynajmniej 2 rodzaje pieczywa (pszenne, razowe), jogurty, muesli i płatki śniadaniowe, mleko, kefir, soki, woda mineralna (od biedy tylko gazowana), świeże owoce, świeże warzywa, sałatki, wędzone ryby, wędliny, kilka gatunków sera, dżemy i konfitury, miód, herbata w saszetkach + wrzątek, kawa z ekspresu (choćby przelewowego), bakalie do muesli, słodkie bułki, ciasta, ciastka, i takie tam.

Szwedzki stół w interpretacji Villa Carmen przedstawiał się nieco inaczej. Na stół – śniadaniowy, co warto raz jeszcze podkreślić – wjechały:

– garmażerka w galarecie w zaskakująco sporym wyborze,
– pasztety,
– ryba z puszki (szczegóły nieznane) w sosie pomidorowym,
– kilka rodzajów wołających o pomstę do piekieł „sałatek”, tj. utopionych w majonezie lub śmietanie, albo w jednym i drugim, w zależności od wariantu, surowych (coś mnie powstrzymuje przed użyciem słowa „świeżych”) lub gotowanych warzyw, w których przez ilość dodanej białej masy poszczególne elementy trudno było choćby w przybliżeniu zidentyfikować,
– placki na gorąco tak tłuste, że na jednej porcji można by było przetrwać tydzień,
– parówki,
– serki topione,
– ser żółty,
– kilka ścinków sera niby-pleśniowego,
– wędliny,
– twaróg uformowany w nieduże kulki – w 3 wersjach: saute, z rzodkiewkami, ze szczypiorkiem,
– mielonka z puszki (nie widziałem takich cudów od co najmniej 20 lat),
– pieczywo – cieszmy się, że było, chociaż o razowcu trzeba było zapomnieć,
– płatki śniadaniowe – kukurydziane i czekoladowe,
– dwa dyspozytory – jeden z gorącym płynem bez smaku w kolorze naparu z czarnej herbaty, drugi z „kawą”,
– mały ekspres przelewowy z bardziej kawą niż „kawą” i mleko do kawy (doceniamy, bo mogły być przecież śmietanki w mikro pojemnikach albo nic), a wszystko to tak marnej jakości, że brak słów.

Ekspres przelewowy, jakby schowany w głębi stołu, przyuważony przez pozostałych gości, opróżniał się błyskawicznie, więc większość ucztujących i tak nie miała okazji skosztować jego zawartości. Jogurtów, kefirów, muesli, owoców, soków, mineralnej, źródlanej choćby, czy herbaty w saszetkach – brak.

Ratować się można (i trzeba!) było tylko najprostszą w świecie kanapką – bez warzyw :/, bo Facet i spółka nie lubi sałat i surówek malowanych na biało…

…albo własnymi zakupami:

 

Ogólnie – masakra, tym większa, że wszystkich przyjezdnych od frontu wita taki oto, dobrze widoczny szyld:

Plusy?
1. Na pewno nie był to wyjazd w rodzaju tych, z których można przywieźć nadprogramowe kilogramy 😉
2. Wróciliśmy bogatsi o wiedzę, że cena dobrego muesli w Czechach jest prawie o połowę niższa niż w PL.

Luksus to ciężki orzech. Nie dość, że tani raczej być nie może, to jeszcze drogi koniec końców wcale nie musi okazać się luksusem. Bo nie (tylko) o cenę tu chodzi, a o styl. Styl podejścia do klienta przede wszystkim.

A za rok pewnie nigdzie nie znajdziemy pokoju…

Villa Carmen, Kudowa Zdrój, ul. Słowackiego 8
Nocleg w 2-osobowym pokoju ze śniadaniem – ok. 180 zł (z opłatą klimatyczną).