Jesteś w Warszawie i masz ochotę na kolację we francuskim klimacie? Wybierz się do restauracji o wdzięcznej nazwie Prowansja, zlokalizowanej przy ul. Koszykowej 1.

Restauracja Prowansja, położona w bezpośrednim sąsiedztwie Parku Ujazdowskiego i stołecznych Łazienek, działa od lipca 2003 roku. Prowansja to lokal dwupoziomowy – na gości czeka przestronny, otwarty parter oraz piętro, gdzie można znaleźć nieco bardziej „zaciszne” stoliki oraz wyodrębniony, całkiem przytulny salonik ze stołem dla mniej więcej 4-6 osobowej grupy, który można dodatkowo odseparować od reszty piętra, zamykając dwuskrzydłowe drzwi. Nas było tylko dwoje, ale na kolację wybraliśmy właśnie to miejsce (widoczne na zdjęciu głównym tego wpisu).

Wystrój restauracji, utrzymany w jasnej tonacji, nawiązuje klimatem do sielankowej Prowansji, pełnej uroczych, przytulnych knajpek. Elementy wyposażenia z bielonego drewna, ściany z bielonej cegły i ciepłe, relaksujące światło, nadają wnętrzu fajnego, rustykalnego charakteru (więcej zdjęć wnętrza możecie obejrzeć TUTAJ).

Aktualna wersja menu poddana została niedawno dość znaczącej reformie – kilka potraw z karty zniknęło na stałe, ich miejsce zajęły zaś całkiem nowe propozycje; w innych daniach mniej lub bardziej zmodyfikowano z kolei niektóre składniki.

Poza stałym, oficjalnym menu, Prowansja oferuje również dania na zamówienie. Można skorzystać z menu degustacyjnego (ustalając uprzednio jego zawartość), albo zamówić na rezerwowaną kolację np. danie z ryby, której na co dzień w karcie nie znajdziemy. Jakiej?  Takiego na przykład łupacza, który – choć bardzo smaczny – polskiej klienteli podobno nie zachwyca.

Przez cały wieczór towarzyszył nam pogodny, sympatyczny kelner, który bez zbędnej zwłoki wręczył nam menu, by po kilku minutach zjawić się ponownie i przyjąć zamówienie. Wybraliśmy z karty sałatkę, dwie przystawki, dwie zupy i dwa dania główne.

Czas oczekiwania na sałatkę i przystawki, który wyniósł około pół godziny, umiliło nam dobre wino oraz czekadełko w postaci grzanek z oliwą i dwoma rodzajami past. Pierwsza pasta była wyrazista w smaku, oparta na oliwkach, anchois, papryce, zmielonych migdałach i ostrej oliwie, druga natomiast, mocno czosnkowa, skomponowana na bazie twarożku, ogórków, koperku, soli morskiej i ziół prowansalskich przypominała tzatziki.

Znakomite okazało się polecone przez kelnera wino, tj. sprowadzany specjalnie na zamówienie restauracji izraelski Riesling Gamla (2011, Golan Heights). Przy okazji, dowiedzieliśmy się, że kelnerzy w Prowansji przechodzą odpowiednie szkolenia dotyczące serwowanych w restauracji win oraz doboru odpowiednich butelek do potraw z karty, można zatem zaufać ich sugestiom. Rekomendacja „naszego” kelnera okazała się strzałem w dziesiątkę. Kilkakrotnie mieliśmy okazję próbować win ze wzgórz Golan, ale izraelskiego Rieslinga piliśmy po raz pierwszy.

Jego charakterystyczny, lekki i orzeźwiający smak bardzo dobrze komponował się ze wszystkimi skosztowanymi przez nas tego wieczoru potrawami (z naciskiem na sałatki i dania rybne), nie wyłączając nawet jednego mięsnego dania głównego.

Czas najwyższy na pierwsze potrawy – sałatkę i przystawki. Jako sałatkę wybraliśmy Grzankę z koziego sera z figami, podaną na świeżych sałatach z prażonymi migdałami i szynką parmeńską (30 zł).

Mieszanka sałat kryła w sobie, prócz prażonych płatków migdałów, także kawałki świeżych owoców, tj. figi, mango, ananas, kiwi, pomarańczę i winogrona. Grillowane prosciutto, w formie wieńczącego kompozycję chipsa, okazało się lekko ciepłe (trochę szkoda, że nie bardziej gorące), kruche i aromatyczne. Ser kozi był wyrazisty, kremowy, bardzo smaczny i odpowiednio roztopiony na grzankach, natomiast same kawałki podpieczonych kromek pieczywa, przypominającego zwykły tostowy pszenny chleb, smakowały dość przeciętnie i umiarkowanie komponowały się z pozostałymi elementami sałatki. Wydaje się, że ciekawszym dodatkiem byłyby choćby kawałki zrumienionych bagietek… Ogólnie jednak, smaczna, dobrze doprawiona i apetycznie podana sałatka.

Znakomite okazały się Plastry wędzonego tuńczyka podane z sałatami oraz salsą z czerwonej cebuli i oliwek (36 zł).

Carpaccio z surowego tuńczyka, którego kilkakrotnie miałem okazję próbować, często bywało zaskakująco mdłe. Tutaj, dzięki wykorzystaniu wędzonej ryby, nic takiego nie miało miejsca. Różowe i delikatne, lekko słonawe mięso smakowało wyśmienicie i dobrze współgrało z paprykowo-oliwkową salsą, której łagodnej ostrości przydała czerwona cebula. Do tego kapary, garść sałat oraz… (znów) kromki zwykłego jasnego, tostowego chleba. Nie jestem zwolennikiem tego rodzaju pieczywa, dlatego takie zestawienie uznałem za nieco karkołomne, choć na szczęście nie miało ono znaczącego wpływu ma istotę tej świetnej przystawki.

Wspólnie skosztowaliśmy również Pieczonych fig z szynką parmeńską z musem z truskawek i marynowanego pieprzu (39 zł).

Zestawienie fig z szynką parmeńską sprawdza się zawsze, ale tutaj to bardzo smaczny sos z truskawek – choć do początku truskawkowego sezonu jeszcze daleko, a owoce (mrożone) sprowadzone zostały z Holandii – z dodatkiem octu balsamicznego oraz z dobrze zaznaczoną, wyraźnie ostrą pieprzową nutą okazał się tajną bronią tej przystawki. Ostrość sosu z powodzeniem uzupełniła mało wyrazisty, lekko ogórkowy smak zielonych fig, nadzianych mascarpone. Identyczne figi, o takim samym bladozielonym wnętrzu i smaku świeżych zielonych ogórków, jedliśmy w czerwcu we Francji (do Prowansji figi przyjeżdżają z Hiszpanii) i, szczerze mówiąc, bardziej odpowiada nam zdecydowany smak oraz intensywna, purpurowo-czerwona barwa tych owoców, dostępnych w pełni letniego sezonu. Przystawka całkiem smaczna, która jednak na tle całej palety dań, skonsumowanej przez nas tego wieczoru, wypadła najsłabiej.

Zupa rybaka z sosem rouille (24 zł), przyrządzana na bulionie z łososia, okazała się bardzo smaczna i niezwykle esencjonalna.

Dobrym pomysłem jest serwowanie sosu rouille w oddzielnym naczynku, dzięki czemu każdy może wymieszać go z zupą w dowolnych proporcjach, albo – tak jak ja – całkowicie z niego zrezygnować. Sos rouille to klasyczny francuski dodatek do zup rybnych, ale ja lubię raczej klarowne zupy rybne, nawet jeśli w takim wydaniu mogą wydawać się mniej urodziwe. I taką właśnie otrzymałem, z dużymi kawałkami ryb (tym razem: dorsz i flądra, ale gatunki dodawanych do zupy ryb zmieniane są w zależności od tego, czym w danym momencie dysponuje kuchnia) i niewielkim dodatkiem kawałków świeżego pomidora.

Gęsta, dość pikantna i konkretna Warzywna zupa prowansalska z pistou (18 zł), w której nie brakowało fasoli, pomidorów, ogórka, ziemniaków, fasolki szparagowej i makaronu, to z kolei propozycja dla głodnych gości.

Powierzchnię dania zdobiły sporych rozmiarów płatki pysznego parmezanu oraz porcja pistou, który jest prowansalskim odpowiednikiem włoskiego pesto i zasadniczo różni się od tego ostatniego brakiem w składzie orzeszków pinii. W tym przypadku, w przeciwieństwie do zupy rybnej, pistou nie zostało podane osobno, ale jego smak nie jest aż tak wyrazisty, jak czosnkowego rouille, więc nie wpływa on tak mocno na finalny, ogólny odbiór smaku zupy.

Jako dania główne zamówiliśmy Grillowany stek z tuńczyka z salsą z pieczonej papryki i gryczanym makaronem soba (żona, 62 zł)

oraz Duszone w czerwonym winie poliki cielęce z karmelizowanymi szalotkami i sosem maderowym (ja, 62 zł).

Stek z tuńczyka podawany jest w takim stopniu wysmażenia, jakiego życzy sobie gość. W tym przypadku miał być dobrze wysmażony i właśnie taki (idealny, nie za suchy) otrzymaliśmy. Paprykowa salsa (której mogłoby być jednak nieco więcej) dobrze uzupełniała smak ryby. Bardzo dobrym pomysłem jest serwowanie tuńczyka ze znakomitym, gryczanym makaronem soba. O ile zupy odzwierciedlały francuską kuchnię w bardziej tradycyjnym wydaniu, tak wykorzystanie w tej potrawie klasycznego japońskiego makaronu zapachniało fusion, ale z naprawdę niezłym skutkiem. Tu również danie udekorowano glassą balsamiczną, co po sałatce i figach w prosciutto utwierdziło nas w przekonaniu, że to ulubiony dodatek szefa kuchni, w tym przypadku jednak użyty trochę za bardzo „od serca” 😉

Szczerze mówiąc, początkowo nie planowałem dania mięsnego, ale kiedy zobaczyłem w karcie poliki cielęce, nie mogłem się powstrzymać. I dobrze, bo danie okazało się wprost mistrzowskie. Przede wszystkim, mięso przygotowane zostało metodą sous-vide, co pozwoliło wydobyć zeń doskonałą pełnię smaku i nadać mu wyjątkowo delikatną konsystencję. Mięso było tak miękkie, że niemal rozpływało się pod widelcem. W pierwszej chwili można było odnieść wrażenie, że policzki są tłuste, ale nie należy dać się zwieść pozorom. Wyczuwalne w mięsie małe cząstki, przypominające galaretkę, to nic innego jak kolagen, który zmienił konsystencję pod wpływem obróbki termicznej. Szalotki, których nie pożałowano, były doskonale miękkie i pyszne. Całość uzupełniało idealnie gładkie i kremowe puree z ziemniaków z dodatkiem oliwy truflowej, które przekonałoby do siebie nawet zdeklarowanego wroga ziemniaków jako takich (takiego, jak np. moja połowica), oraz grillowane, bardzo dobrze doprawione warzywa. Dla mnie to zdecydowany, obok tuńczykowego carpaccio, faworyt tego wieczoru. Ta potrawa jest nowością w karcie Prowansji i mam nadzieję, że zostanie doceniona przez odwiedzających lokal, bo naprawdę w pełni na to zasługuje.

Ostatkiem sił, bowiem porcje, począwszy od sałat i przekąsek, przez zupy po dania główne, były spore, skusiliśmy się na jedną porcję deseru dla dwu osób, czyli Smażone naleśniki z marynowaną gruszką, pastą z orzechów i wytrawnym musem z sera roquefort.

Na pierwszy rzut oka naleśniki wydawały się wariacją na temat klasycznych Crêpes Suzette, jednak różnice pomiędzy obydwiema wersjami naleśników są dość istotne. Sos w prowansalskim deserze nie jest oparty na maśle, a dodatek gruszki dodaje całości ciekawego, odrobinę lżejszego charakteru. Nie zabrakło też nietypowej nuty smakowej. Wyrazisty mus z sera roquefort moim zdaniem zupełnie nie zgrywał się ze słodkim smakiem deseru (jednak moja żona nie podziela tych zastrzeżeń). Na szczęście, podobnie jak znacznie bardziej odpowiadającą mi pastę z orzechów, roquefort podano w taki sposób, że bez trudu można było pominąć go przy jedzeniu. Szkoda, że nie zdołaliśmy stawić czoła wytrawnej pozycji na liście deserów, tj. desce serów, ale coś trzeba było zostawić na kolejny raz. Wieczór, dosłownie i w przenośni obfity we wrażenia smakowe, zakończyliśmy dużym dzbankiem smacznej, zielonej jaśminowej herbaty (16 zł).

Kelner, który obsługiwał nas przez cały wieczór, był bardzo dobrze zaznajomiony ze szczegółami dotyczącymi dań z karty i wykorzystywanych w kuchni składników. Tylko raz musiał skonsultować z szefem kuchni odpowiedź na jedno (z wielu) zadanych przez nas pytań. Cierpliwie wyjaśniał, co, skąd, z czego i dlaczego 😉

A na koniec ciekawostka – w toaletach puszczane są z taśmy lekcje francuskiego. Można się zasłuchać i zatęsknić za sezonem urlopowym…

Podsumowując, Prowansja to godne polecenia miejsce – zarówno na romantyczną kolację we dwoje, spotkanie w szerszym, przyjacielskim gronie, jak i na lunch lub wieczór biznesowy. Menu jest na tyle zróżnicowane i atrakcyjne, że jedna wizyta na pewno nie wystarczy, by w pełni docenić degustacyjne walory tego miejsca. Warto.

Nasze menu:

– Grzanka z koziego sera z figami, podana na mieszance świeżych sałat z prażonymi migdałami i szynką parmeńską (30 zł)
– Plastry wędzonego tuńczyka podane z sałatami z salsą z czerwonej cebuli i oliwek (36 zł)
– Pieczone figi z szynką parmeńską z musem z truskawek i marynowanego pieprzu (39 zł)
– Warzywna zupa prowansalska z pistou (18 zł)
– Zupa rybaka z sosem rouille (24 zł)
– Duszone w czerwonym winie poliki cielęce z karmelizowanymi szalotkami i sosem maderowym (62 zł)
– Grillowany stek z tuńczyka z salsą z pieczonej papryki i gryczanym makaronem soba (62 zł)
– Smażone naleśniki z marynowaną gruszką, pastą z orzechów i wytrawnym musem z sera roquefort (25 zł)
– Dzbanek zielonej jaśminowej herbaty (16 zł)

Pełne menu Prowansji znajdziecie TUTAJ

Gdzie: Restauracja Prowansja, więcej info TUTAJ
Adres: Warszawa, Koszykowa 1 (tuż przy Placu na Rozdrożu)
Godziny otwarcia:
Poniedziałek – Sobota: 12.00 – 23.00
Niedziela: 13.00 – 22.00