Facet na tropie żywnościowych śmieci – odcinek XIII.
By skutecznie unikać kontaktu z ryzykownymi produktami, nie wystarczy już nie odwiedzać fast foodów i wykluczyć z diety zupy w proszku czy wypakowane cukrem i sodą płatki śniadaniowe. Anty-jedzenie czyha wszędzie, dlatego zanim coś kupicie, czytajcie etykiety.
Kryteria doboru poszczególnych produktów, które występują w tym cyklu, są nieskomplikowane – trafiają tu artykuły spożywcze, które podczas zakupów wpadną nam w oko, ale których nigdy nie wstawilibyśmy do własnego koszyka, o konsumpcji nie wspominając.
Na początek 4 hity ze spożywczej części sklepu sieci Marks & Spencer.
Sos z mlecznej czekolady (do deserów)
Przygotowanie w domu sosu z czekolady to czynność ani pracochłonna, ani skomplikowana. Zresztą, nawet gdyby taka była (chociaż – jak napisałem, nie jest), po lekturze składu tego czegoś i tak każdemu powinno się odechcieć korzystać z tego typu gotowców. Sos z mlecznej czekolady składa się tu przede wszystkim z syropu glukozowego, a czekolady jest w nim ledwie 10%. Co z tego, że belgijskiej? W takim „towarzystwie” pochodzenie czekolady traci na znaczeniu, nie mówiąc już o tym, że wbrew powszechnemu przekonaniu często przesłodzona belgijska czekolada wcale nie jest „najlepsza na świecie”. Dodatkowo, sos zagęszcza mąka kukurydziana; niepokoić może też płynne kakao. Chodzi o kakao rozpuszczone w mleku, czy może podkręcone jakimś upłynniającym emulgatorem? Można zgadywać, ale po co. Krótko mówiąc, fu.
Galaretka miętowa (do jagnięciny)
Galaretka miętowa. Zagadka: gdzie jest mięta? Nie ma. Sprytna galaretka miętowa bez mięty. Za zielony kolor odpowiada chlorofil, za miętowy aromat – dodany olejek miętowy.
Pianki Marshmallows
Ohyda. Nie wiem, jak można się tym zachwycać, jak można pakować to do deserów czy psuć tym badziewiem pitną czekoladę. U ekipy FiKa czekolada potraktowana śmieciowymi piankami może wywołać co najwyżej mdłości. Wylansowana w US moda na „uatrakcyjnianie” deserów piankami przypełza parę lat temu do PL i, o zgrozo, chyba ma się nieźle. Pianki są odpychające same w sobie, a skład tylko wzmacnia niechęć do nich. A przynajmniej powinien. Syrop, cukier, żelatyna, skrobia, aromat i barwnik. Dziwne, że tylko buraczany, zamiast koszenili. Robale pasowałyby tu idealnie, byłyby jak przysłowiowa wisienka na torcie. Ble.
Majonez niskotłuszczowy
Typowy „schizofreniczny” produkt dietetyczny. Majonez. Tłusty i niezdrowy. FiK majonezu nie lubi i nie używa. Nie kryje też, że fascynacji majonezem nie rozumie. Domowy, czy nie domowy, nie ma znaczenia. O ile lepiej do dressingu użyć oliwy czy musztardy, zamiast sięgać po tłusty i przytłumiający smaki majonez. Tu mamy majonez marny podwójnie. Niby odtłuszczony. Z zaznaczonym od frontu WIELKIMI LITERAMI dodatkiem oliwy z oliwek. Ile jej jest? Aż 2% (!!!). A do tego syrop glukozowy, który raczej nie przyczyni się do utraty nadprogramowych kilogramów. Zakładam bowiem, że niskotłuszczowy majonez to rzecz w szczególności dla tych, którzy chcą się odchudzić albo przynajmniej wierzą, że dzięki temu ich dieta jest light & healthy. Przykro mi, ale zdecydowanie nie jest.
Smalczyk roślinny 100% – Smakowita Pajda (w 2 odsłonach)
Imitacja smalcu dla nie-mięsożernych. Takie produkty mnie śmieszą. Skład nawet do przyjęcia, z tym zastrzeżeniem, że olej palmowy to tłuszcz marnej jakości, a producent na wszelki wypadek nie podaje proporcji poszczególnych typów tłuszczów zawartych w produkcie.
Można zakładać, że za „smarowność” smalczyku roślinnego odpowiada przede wszystkim dodany doń olej kokosowy (to akurat dobrze, bo kokosowy należy do tych najzdrowszych, ale zdecydowanie lepiej jeść go w czystej postaci, a nie w takich wynalazkach). Olej kokosowy nadaje się do tego celu idealnie, nie kostnieje bowiem nawet wtedy, gdy przechowuje się go w lodówce.
Tak jak napisałem poprzednio, w DWUNASTYM ODCINKU TEGO CYKLU, moim zdaniem tego typu niby-wege produkty czynią więcej szkody niż pożytku, utrwalają bowiem w narodzie przekonanie, że dieta bezmięsna musi bazować na wynalazkach, które stanowią mniej lub bardziej bezpośrednie odwzorowanie tego, co kładą na talerz mięsożercy. Roślinny smalczyk? Naprawdę marzy o tym ktoś, kto prawdziwego smalcu nie zje?
Moim zdaniem, bazując na składnikach pochodzenia roślinnego, można przygotować cały szereg pysznych, nietuzinkowych dań pełnych fajnych połączeń faktur i smaków. Wystarczy odrobina kreatywności i oderwanie się od schematów typu jak zrobić kotlet bez mięsa czy smalec bez tłuszczu zwierzęcego albo wege kiełbasę. Kotlet czy kiełbasa to pojęcia zarezerwowane dla kuchni dopuszczającej mięso, dlatego jeśli mięsa się nie je, nie ma sensu dłużej się oszukiwać.
Jeśli o mnie chodzi – czegoś takiego nigdy bym nie zjadł, za to prawdziwy smalec, zrobiony tak, jak nakazuje tradycja – raz na jakiś czas, jak najbardziej. Smalec to smalec, a smalczyk roślinny to klasyczne „nie-wiadomo-co”. Nazwa użyta pewnie dlatego, że „roślinne smarowidło” brzmi znacznie mniej atrakcyjnie i mniej skutecznie zwraca uwagę potencjalnego konsumenta.
Sos do szpinaku na ciepło (Knorr)
Człowiek chce kupić szpinak na kolację i co znajduje? Doklejone do szpinaku badziewie w postaci sosu Knorra. „Promocja”. Sos gratis. Nic tylko piszczeć z radości! Kto sam z siebie dodałby do sosu do warzyw mąkę, tłuszcz palmowy, syrop glukozowy, skrobie, drożdże i cukier? Nikt? No właśnie.
„Smak z natury” wg Knorra wygląda tak, jak na załączonym obrazku. I jeszcze ten radosny dopisek na froncie, w prawym dolnym rogu: „dodaj tylko pół cebuli, 2 łyżki masła, 100 ml śmietany”. Sam zrobiłbym sos całkiem inny, ale nawet jeśli ktoś lubi szpinak na ciepło z sosem śmietanowym, po diabła ma dodawać do niego dosyfiacz od Knorra? Wystarczy przecież właśnie wspomniana cebula, masło i śmietana. Koniec kropka. Sos możesz zrobić sam, syf w proszku od Knorra nie jest do niczego potrzebny!
Chipsy
Chipsy z obrazka to tylko przykład. Wydawałoby się, że chipsy to produkt, co do którego każdy ma świadomość, czym jest i że jeść go generalnie nie warto. Wydawałoby się, ale nic bardziej mylnego. Od czasu do czasu zdarza mi się słyszeć tu czy tam opinie, że „w porównaniu z takim na przykład McDonald’s, chipsy są w porządku, wcale nie są niezdrowe, bo „x” nie czuje się po nich źle”. Może nie, bo może już przywykł. Ktoś, kto w ogóle nie uwzględnia w diecie warzyw czy owoców, po ich konsumpcji też może poczuć się źle. Ba, nawet cholernie źle. Żołądek będzie w szoku. Czy będzie to jednocześnie znaczyć, że owoce i warzywa są niezdrowe, więc trzeba je omijać szerokim łukiem? Pokrętna logika prowadzi do pokrętnych wniosków. Skład chipsów ze sklepu macie na obrazku. A tu przepis na domowe chipsy z batatów:
Ser w plasterkach z czerwonym pesto
Co się kryje w serze z czerwonym pesto? Poza 3% dodatkiem pomidorów – aromat i dwa barwniki, w tym koszenila czyli ten z robaków. Smacznego!
Flaki (zupa błyskawiczna Amino)
Teraz flaczki, swojskie smaczki! Takim hasłem reklamuje się ów produkt. Kto chce obejrzeć reklamę, niech sobie „wygoogla” (np. z wyszukiwaniem wg hasła: flaczki amino). „Nowoczesna” kuchnia polska w wersji instant. Przeczytajcie skład i wpiszcie w komentarzu pod tym postem choć jeden argument, który przemawia za zjedzeniem takiej „zupy”.
Piwo-cydr
Piwo, czy cydr? WTF?
Kolejny szkaradek krajowego przemysłu alkoholowego. Piwo-cydr czyli coś pomiędzy piwem a cydrem. Sok z jabłek z drożdżami – ni to piwo, ni to cydr. Zaczynam wierzyć, że byłoby lepiej, gdyby temat krajowego cydru w ogóle w Polsce nie zaistniał. To, co pojawia się na półkach, woła o pomstę do nieba/piekła (niepotrzebne skreślić), a niewykluczone, że przy okazji osłabia sprzedaż tych produktów, które autentycznymi cydrami są – tj. butelek importowanych z Francji i Wielkiej Brytanii. Facet i Kuchnia najbardziej lubi cydry francuskie, np. TAKIE. Niektóre z nich od czasu do czasu można trafić nawet w krajowych sieciach francuskich marketów. Nie kosztują 5 zł, ale warto po nie sięgnąć, jeśli chcecie przekonać się, jak smakuje prawdziwy cydr.
Kukurydza z oliwkami (Bonduelle)
Warzywa z puszki. Niby OK, ale po co zagęszczone gumą guar? Sam kukurydzę omijam, bo jakoś trudno mi uwierzyć, że gdziekolwiek występuje w innej wersji niż GMO. Przy tylu innych warzywnych opcjach, kukurydzę bez straty można odstawić na bok. A zamiast wcinać warzywa z gumą guar, lepiej rozejrzeć się za takimi, które nie zawierają podobnych dodatków.
I na koniec hit tego zestawienia: parówki i kiełbaski sojowe (PolSoja)
PolSoja w cyklu Facet na tropie pojawia się po raz drugi z rzędu. Można gratulować ;-)
W XII odcinku było o wędlinach sojowych (LINK), dziś będzie o parówkach.
Wniosek z lektury składu jest następujący: parówki, tak jak człowiek, składają się przede wszystkim z wody. Receptury tej dopełniają – po kolei – olej, białka, skrobia, karagen*, trochę ekstraktów przypraw, sól i błonnik cytrusowy.
Napisałbym, że od lat niezmiennie irytuje mnie nawiązywanie – w przypadku bezmięsnych produktów dla wege – do haseł kojarzących się z dietą typowo mięsną. Napisałbym, że ktoś, kto jest wege, nie je parówek i nie szuka tego typu mięsnych substytutów na sklepowych półkach. Napisałbym, ale… napisałem już to wszystko w poprzednim odcinku, który znajdziecie TUTAJ. Odezwało się wówczas kilku urażonych wegetarian i jeden, który wziął mój punkt widzenia w obronę. Ciekawe, czy (i jakie) głosy podniosą się teraz.
*część naukowców wskazuje, że skutki spożycia karagenu nie są do końca zbadane, nie wykluczając nawet jego rakotwórczego działania.
Tyle na dziś. Ciąg dalszy nastąpi.
Gwoli ścisłości kukurydza to nie warzywo, a zboże. Co do dodatków to nie wiem czemu uczepiłeś się tej czerwieni z robali. Może sam fakt, że jest z robali nie jest najbardziej zachęcający, ale na pewno jest lepsza niż chemiczne dodatki : )
I znów zaskoczyłes nowymi informacjami :) aż strach iść na zakupy
Karagen brzmi fatalnie, ale naturalny zagestnik. Uzyskuje się go z wodotrysków. Jest tak samo naturalny jak kalogen występujący w sciegnach i stawach.
Nie popadajmy w skrajności. Nie jestem zwolennikiem używania zbyt wielu dodatków do żywności. Ale zawsze sprawdzajmy w rzetelnych źródłach co dany E oznacza. Nie każde E to samo zło.
W dyskusji o jakości żywności coraz popularniejsze stają się argumenty, odwołujące się do naturalnego pochodzenia dodatków o dziwnie brzmiących nazwach. OK, koszenila to barwnik z robaków, a robaki to sama natura. Tak jak my, homo sapiens. Czy to znaczy, że mam się cieszyć, że coraz więcej produktów żywnościowych barwionych jest tym dodatkiem? Skoro karagen jest naturalny, dlaczego opinie na temat jego wpływu na zdrowie są co najmniej podzielone? A przede wszystkim, dlaczego jeszcze kilkanaście czy kilkadziesiąt lat temu produkcja żywności mogła się bez karagenu obejść, a dziś już nie jest w stanie? Cała masa produktów spożywczych wzbogacana jest dziś w coraz bardziej wymyślny sposób. Pytanie, po co. Mnie ta wątpliwa nowa jakość do niczego nie jest potrzebna. Im krótsza lista składników, tym lepiej. Niech jogurt czy ser składa się mleka, i tak dalej.
Zgadzam się. Poza tym, co z tego, że produkt sojowy nazywa się parówką, wędliną czy pasztetem? Ważne, że ktoś zdecydował się na wyeliminowanie mięsa ze swojej diety.
Kluczowe jest to, że produkt sojowy, o ktorym mowa w tym wpisie, to szczyt badziewia, ktory ani nie jest lepszy od miesa, ani nie wplynie pozytywnie na czyjekolwiek zdrowie. Nie podzielam tezy, ze lepsze od spozywania miesa jest karmienie sie – doslownie – czymkolwiek. Parowki sojowe o takim skladzie to śmieć, niewarty ani uwagi, ani tym bardziej jedzenia. Eliminacja miesa, jesli ma mieć sens, powinna nastepowac w taki sposob, ktory nie wymaga wprowadzania do codziennej diety wynalazkow tego rodzaju. Jesli mam byc szczery, mdli mnie na samą myśl, że miałbym to zjeść, a do dobrze przyrządzonego i dobrej jakosci miesa (np. krolika, indyka, wolowiny albo perliczki) nie trzeba mnie przekonywać.
Nie zgadzam się z tym, że to badziewie. I, na marginesie, pomyślałeś o tym, że eliminacja mięsa z diety może mieć wymiar etyczny?
Etyczny tak, bezmyślny – nie.
Z M&S kupuję tylko masło orzechowe (ma fajny skład) i granolę. Masło kupuję z tego powodu że ja za każdym razem co zrobię swoje, wchodzi mi na nie pleśń po tygodniu ,a granole…no cóż trzeba im przyznać ,że robią boskie! ;)
Wolę granolę własnej roboty ;-)
Natalie, zrob masło orzechowo-czekoladowe z tego przepisu: https://www.facetikuchnia.com.pl/index.php/domowa-nutella-krem-czekoladowy-z-orzechami-i-kokosowa-nuta/, można je przechowywać w lodowce i jeść bez stresu przez co najmniej 3 tygodnie (sprawdzone osobiście). Pozdrawiam
Szy, tylko czy można zrobić bez dodatku czekolady? Bo ja szukam takiego czystego masła orzechowego ,a nie a’la nutelli ;)
Wyzwanie. Moze cos FiK na to poradzi ;-)
ja tak w sprawie tego smalczyku i parówek… wiadomo że jest wiele osób wege, którym nie są do szczęścia absolutnie potrzebne produkty imitujące tradycyjne produkty mięsne ale jest jeszcze cała masa osób które warto przeciągnąć na zieloną stronę kuchni tylko trudno im zrezygnować z niektórych dość charakterystycznych smaków czy konsystencji… jeśli ma to pomóc w rezygnacji z mięsa na talerzu to argument że Kogoś to irytuje jest mega słaby…
Powtorze raz jeszcze. Nie podzielam tezy, ze lepsze od spozywania miesa jest karmienie sie – doslownie – czymkolwiek. Parowki sojowe o takim skladzie to śmieć, niewarty ani uwagi, ani tym bardziej jedzenia. Smalczyk to z kolei produkt co najmniej dziwny, ale jesli ktos musi, jego sprawa. Eliminacja miesa, jesli ma mieć sens, powinna nastepowac w taki sposob, ktory nie wymaga wprowadzania do codziennej diety wynalazkow w rodzaju smiecioparowek. Jesli mam byc szczery, mdli mnie na samą myśl, że miałbym to zjeść, a do dobrze przyrządzonego i dobrej jakosci miesa (np. krolika, indyka, wolowiny albo perliczki) nie trzeba mnie przekonywać.
Ostatecznie nikt Cię nie zmusza do jedzenia tego i nikt nigdzie nie mówił, że dieta wege wymaga wprowadzania tego typu produktów. Po prostu niketórzy je lubią.
Nie pozostaje nic innego, jak tym niektórym współczuć.
Dobry tekst