Jamie gotuje po włosku – recenzja.

Jamie gotuje po włosku

Obserwując ostatnie książkowe i telewizyjne poczynania Jamie Olivera można było odnieść wrażenie, że ów (chyba) największy celebryta wśród kucharzy za wszelką cenę stara się łapać wszystkie sroki (czyt.: trendy) za ogon. A przy okazji robić to tak, by przemawiać do mas i na masowe potrzeby odpowiadać. Gość, który dawno temu z zaangażowaniem przekonywał, jak istotne w gotowaniu są wysokiej jakości składniki oraz jak wiele przyjemności może płynąć z prostego, niespiesznego gotowania, nagle zaczął przyspieszać (30 minut w kuchni), jeszcze bardziej przyspieszać (15 minut w kuchni), a wreszcie oszczędzać (Gotuj sprytnie jak Jamie). Z comfort food (cukier nie jest taki zły, jak go malują) zgrabnie przeskoczył do super food (ale komosa jednak lepsza), aż wreszcie dobił do kompletnego nonsensu (5 składników), usiłując przekonać czytelnika, że narzucanie sobie z góry liczby składników nie tylko ma racjonalne uzasadnienie, ale nawet może zachęcać do gotowania (!).

Wszystko to razem wzięte sprawiało, że po kolejne wydawnictwa JO sięgałem z coraz mniejszym zainteresowaniem. Dawna filozofia gotowania Olivera, z którą kilkanaście lat temu tak łatwo było mi się utożsamiać, i która de facto sprawiła, że sam pokochałem spędzanie czasu w kuchni, przeobraziła się w chaos koncepcji, często pozostających ze sobą w sprzeczności, oraz nadprodukcję publikacji, które zaczęły trafiać na rynek w iście stachanowskim tempie. ADHD może i sprzyja podbijaniu przychodów, ale niestety zwykle nie idzie w parze z jakością. W rezultacie ostatnie książki made by Jamie szybko trafiały na półkę i jakoś nie chciało mi się do nich wracać. Oczekując kolejnych rewolucyjnych pomysłów, a może nawet hybrydy dotychczasowych (na przykład: ucztowanie z super food w 5 minut i tylko z 3 składnikami za jedyne 3 funty dziennie), z dystansem przyjąłem wiadomość o tym, że Jamie wraca Włoch.

Jamie gotuje po włosku

Jamie gotuje po włosku

Trudno orzec, jakie motywy kryją się za wydaniem kolejnej książki, po – bardzo dobrej zresztą – Włoskiej wyprawie Jamiego, poświęconej kuchni Półwyspu Apenińskiego i opartej na motywie podróży.

Chciałbym naiwnie wierzyć, że chodzi tu o coś na kształt zwolnienia tempa, o slow life, z którym Włochy, Włosi i włoska kuchnia wręcz naturalnie się kojarzą. A może o ucieczkę od przytłaczającego nadmiaru nowych pomysłów, na siłę podporządkowywanych temu czy innemu wyimaginowanemu konceptowi, zgodnemu z panującym aktualnie trendem. Albo o wycofanie się chociaż na chwilę na dobrze znane, bezpieczne terytorium. Nieważne. Ważne, że Jamie gotuje po włosku jest – moim zdaniem – najciekawszym tytułem JO od dobrych kilku lat, a może nawet od czasu wydania Jamie w domu (choć i późniejsze narodowe książki, takie jak Jamie’s Great Britain czy Kulinarne wyprawy Jamiego udały mu się naprawdę nieźle).

Książkę wypełnia wystarczająco dużo fajnych, często nietuzinkowych przepisów, by odzyskać wiarę w Olivera, a apetyczne zdjęcia Davida Loftusa jak zwykle dopełniają całości. Bardzo doceniam koncept angażujący w recenzowane wydawnictwo autentyczne włoskie babuleńki z różnych regionów Włoch i prezentację wspaniałych tradycyjnych potraw przyrządzonych w oparciu o ich rodzinne receptury. Wiele z nich z łatwością można przygotować w wersji glutenfree, nawet jeśli w oryginale zawierają mąkę pszenną, chleb lub inne podobne składniki. Póki co, sprawdziłem dwa przepisy: na jajka sadzone z mozzarellą (przepis) oraz widoczny poniżej tort z pieczonych warzyw, na który przepis podam już niebawem:

Jamie gotuje po włosku

Jamie gotuje po włosku

Liczne fotografie uczestników nowej włoskiej wyprawy Jamiego, któremu ponownie towarzyszył nieodłączny Gennaro Contaldo pozwalają sądzić, że była to autentycznie radosna podróż po kulinarnym raju, a nie tylko żmudne gromadzenie materiałów do książki, którą finalnie i tak opracowuje zespół oddelegowany do tego ambitnego zadania.

Czy są jakieś ‚ale’? Coś zawsze się znajdzie 😉 Po pierwsze, nie rozumiem wybiórczego unikania oryginalnych nazw włoskich klasyków. Z jednej strony pojawiają się tu gnudi czy bruschetta, z drugiej natomiast piemoncki bonet (przepis) występuje jako deser kakaowo-rumowy, a słynne gnocchi alla romana (przepis) – jako gnocchi z semoliny. Brytyjskie wydanie również nie operuje oryginalnymi włoskimi określeniami, więc to nie kwestia tłumaczenia, a strategia wydawcy. Polski przekład też dorzuca od siebie zabawne leksykalne ciekawostki, takie jak na przykład ragu z dzikiego dzika 🙂 Poza tym, część przepisów opisana jest nieprecyzyjnie. Czytelnik wprawiony w gotowaniu bez trudu uzupełni sobie ‚w głowie’ brakujące czynności czy pominięty czas obróbki tego lub innego składnika, ale ktoś kto gotuje stricte wg książkowych wytycznych tu i ówdzie może się zawiesić.

Tak czy owak, biorąc pod uwagę kilka ostatnich książek Jamie Olivera, w mojej ocenie właśnie po Jamie gotuje po włosku warto sięgnąć w pierwszej kolejności.

Dodatkowo, mały konkurs:

Zadanie jest bardzo proste: w komentarzu pod tym wpisem napisz, która włoska potrawa jest Twoim ulubionym daniem i dlaczego? Spośród wszystkich dodanych odpowiedzi wybierzemy i nagrodzimy 3. Laureaci otrzymają po jednym egzemplarzu książki Jamie gotuje po włosku.

Dodając komentarz pod wpisem na blogu, nie przejmuj się komunikatem o spamie. Żaden komentarz nie zginie i po zaaprobowaniu zostanie opublikowany na stronie. Konkurs trwa od dziś, tj. od 4 listopada do 18 listopada br. do północy.

Jamie gotuje po włosku